Myśli i słowa…

irish-susie.blog.pl

Wpisy z okresu: 6.2006

I staniesz się jedną z nich…

Wyjdziesz na światło dzienne z nicości… ale inny. Rozdarte Twoje serce zastąpi kamień… zimny. Lodowaty… niczym ta ciemność w której byłeś. A Twoje myśli będą krążyć po głowach innych, takich jakim Ty byłeś kiedyś…
I będziesz wtrącał… w mrok niewinne istoty, za ich miłość do życia… za ufność, którą Ci powierzą…
A Ty… Ty to wykorzystasz, tak jak sam wykorzystany byłeś. I będziesz rozdzierał serca… będziesz zabierał wszystkie piękne uczucia… bo Jesteś maszkarą, jaką kiedyś nie byłeś… Bo piękno uleciało z Ciebie z ostatnim podmuchem letniego wiatru… Ostatnia łza spłynęła z Twoich oczu… tam w ciemności, na dnie świata… Kiedy nie chciałeś słuchać chichotów kości… I nic Ci z tego nie pozostało…
Nie potrafisz czuć… nie chcesz już… i innym robisz to co inni Tobie zrobili… i Jesteś potworem… Dusza Twa skazana za niewinność na potępienie… odeszła od Twego ciała. Nie masz duszy… Człowieku… bez uczuć.
Sprawiedliwości nie znasz… prawa Twoje dawne już zaginęły… myśli Twoje to ogromne zło… Tak…zło…Już nie Jesteś tym kim kiedyś byłeś. Zmieniłeś się… Smutek, ból… to teraz Twoje imię… Nienawidzisz tak jak Ciebie nienawidzono… Nienawidzisz… Siebie, innych… Całego świata…
Słońce świeci… lecz już nie czujesz jego blasku… nie czujesz ciepła promieni… zabierasz wszystko co dobre z tego świata… Skazujesz go na nie istnienie… Tak… Ty niesprawiedliwy, skazujesz innych na dno. Skazujesz na ciemność, krew, ból… by stali się takimi jakim Ty się stałeś. By nienawidzili tak jak Ty nienawidzisz… by stali się maszkarami…
Zabijać… Och jakie to piękne… zabijać innych… rozkoszujesz się tą myślą… Takie cudowne… Plujesz słowami w twarz… we własną twarz…
Tak to Ty… tak kiedyś wyglądałeś… plujesz na swoją własną twarz… stoisz naprzeciwko… naprzeciwko siebie. Patrzysz w swoje piękne oczy… Ty dobry i Ty zły… stoicie i patrzycie na siebie… Strącisz siebie w dół czy nie? Strącisz siebie na dno? Do tej krainy pachnącej krwią i ociekającą wnętrznościami? Czy okażesz się silniejszy?
Cieszysz się w myślach… uda Ci się… Jesteś przekonany…

Nie… Twój skrzypiący krzyk wyrywa się z Twoich przeszytych krwią ust… Ten co naprzeciwko… położył rękę na Twej głowie… Promieniowała ciepłem, o jakim już zapomniałeś… On zobaczył strach w Twych złych oczach… Uśmiechnął się, a Ty poczułeś gorąco spływające z Jego serca… Ty sam… sobie, dawałeś…

I stałeś się jednym… I mieszka w Twym żywym, tętniącym uczuciami sercu… złość, nienawiść na cały świat…
Ma tam swój pokoik… ogląda z okna to co robisz… czasem podpowiada…
I żyją w niezgodzie… uczucia dobre i złe… ale Jesteś jednym i potrafisz wybierać…

I znowu płaczesz… z rozdarcia między złem i dobrem… ale Jesteś jednym…i pamiętaj, możesz wybierać…

11.06.06

Idę przed siebie. Szum wiatru ogłusza moje uszy strasznym szeptem… Wygania mnie stąd. Prowadzi mnie, byle dalej stąd… żłobi ścieżkę w ziemi przede mną… ścieżkę brukowaną czaszkami… A ja nie mogę się cofnąć… muszę iść tą dróżką, choć napawa mnie strachem, obrzydzeniem… Tak… boję się. Prowadzi mnie tam, gdzie mnie jeszcze nie było… po splamionych krwią kościach. Po życiu innych ludzi… Brzydzę się tym. Nie rozumiem, jak można iść po czyichś trupach… po prostu nie rozumiem, a idę…
Włosy zawiewane przez wiatr, wpadają mi do oczu… zasłaniają ile tylko się da… Wplątują się w suche gałęzie umarłych drzew… Pod mymi nogami chrzęszczą rozchichotane czaszki… Me stopy zapadają się w nich, jak nóż w maśle… Ohydne. Całe spodnie mam zakrwawione. Krew przemieszana z błotem chlupocze z niemym… oskarżeniem.
Zadaję sobie pytanie… co ja właściwie zrobiłam, że kroczę tą straszną ścieżką umarłych? Co…? Odpowiedź… gdzie ona jest?
Próbuję skupić myśli i popatrzeć w tył… może za dużo chciałam… zbyt wiele oczekiwałam od kogoś, kto nie był w stanie mi tego dać? Nie rozumiem… tłumaczenie Jego oparte tylko na tym co warte a co nie. I tak koniec, a ja uparcie chciałam dowiedzieć się więcej. Zamęczałam Go. Może to jest powód mojej drogi przez ten upiorny las, pełen uschłych drzew, które śmieją się ze mnie idącej tą ścieżką straceńców… Na wygnanie… Może…
Kim jestem… że kroczę teraz w stronę ciemności… Tyle bólu przelało się przez moje serce… a za ten ból dostaję kolejną drzazgę cierpienia…Drzazgę, która wbiła się głębiej w moje serce, jak żadna jeszcze… Drzazgę, którą wyciągnie On… albo ktoś inny. Ktoś powinien wyciągnąć… bo jak będę mogła dalej z tym żyć?
Idę… targana myślami… tym co zrobiłam źle… Czy za szybko zaufałam własnym odczuciom? Intuicji? A przecież to jedyne rzeczy, którym można ufać… Czemu więc… znowu skończyło się źle? Może to nie Ten… Czuję się rozbita… jak dzbanek wina… może krwi?
Idę po czaszkach szarych… próbuję się im przyjrzeć… Z ich oczodołów wyzierają gałki oczne… Te oczy… kogoś mi przypominają… Zerkam do swoich myśli… do obrazów, które się kiedyś przewinęły przed moimi oczyma… Przypominam sobie lustro… i te oczy… Idę po własnych czaszkach… Chore…jakie to wszystko chore! Moje kości… po których idę, śmieją się ze mnie… plączą moje myśli tym złowieszczym chichotem… Ta krew… czy to także moje? Depczę siebie… Zadeptuję… nie chcę…
Dziki wiatr nagle umilkł… cisza… wszechobecna… taka pusta, ciemna… wyzuta z uczuć. Siedzę na tronie… Pod mymi stopami moje rozdeptane czaszki, skąpane w mojej krwi… Szata królewska oplata ciasno moje ramiona, jak w kokonie… Nie mogę się ruszać… nie mogę myśleć… Ja… ja już nie czuję…
Zdeptałam swoje uczucia, gnana wściekłym wiatrem… Zdeptałam…
Krwawe łzy wydrążyły kaniony na moich policzkach… Splątane włosy ułożyły się w koronę… Ja… Cierpienie… Już rozumiem…

To mój świat… mój ciemny świat…

12.06.06

Nie wiesz gdzie jesteś… Czarna otchłań. Upiorne drzewa bez liści, dziwny gorąc przeplatany mroźnym powietrzem. Dziwne rowy upstrzone krwawymi plamami… Ślady stóp wybite z kości… Jakiś głos zawładnął Twoimi myślami i szepcze Ci trwożące słowa… Nigdy tam nie wrócisz… Nikt Cię stąd nie wyciągnie… NIKT!
Zdany tylko na własną myśl, która nie dochodzi do głosu przez kościany chichot… Przez chichot rozdygotanych kości, rozwartych w śmiechu szczęk, szarych czaszek, których puste oczodoły zaglądają w Twoją twarz… zaglądają głębiej niż Ci się wydaje. Głęboko w Ciebie… w duszę Twoją skazaną za dobro, na potępienie.
Czemu tu Jesteś, próbujesz sobie zadać to pytanie… Nicość odpowiada Ci łomotem, kołacze się w Twej głowie pustką… Pustką wielką jak dno… dno tego świata. Ciemne, puste… i takie wszechobecne…
Białka oczu czyichś patrzą na Ciebie zawieszone na gałęzi drzewa… Oskarżają… o niewinność… nienawidzą Cię… nienawidzą… Za nimi krwawy sznur – jelito zwisa z innej gałęzi… Nagie drzewo niczym choinka przystrojone… wnętrznościami ludzkimi. Z wierzchołka zwisają długie, ciemne włosy… płaty skóry poobdzierane z ciała… jak bombki rozwieszone… upstrzone czerwonymi kropkami… lepiące się jak słodycze w rączkach dziecka…
Czarna nicość zawitała pokrwawiona nocą w Twoją duszę… Cisza przerywana skrzypieniem czarnych gałęzi… chichotem kości pod Twoimi nogami… okropnym głosem w Twym sercu…
Serce to za dobre… zbyt dobre by mogło być kochane… zostało połamane… rozdarte bólem od środka… ochlapało Cię od wewnątrz nic już nie wartymi uczuciami… Zostawili Cię… Ci, którym ufasz… I co Ci przyszło? Zgnijesz… sam zgnijesz… wyrzucony z obrzydliwych serc kamiennych innych… Tam nie było miejsca dla Ciebie… nienawidzili Cię zawsze… za tą Twoją głupią wierność… za to dobro, które przewiercało ich na wskroś… bo nie potrafili być takimi jakim Ty jesteś… Za tą głupią ufność, która nic już nie warta…
Wyrzucili… na kraniec świata… na dno upadłeś i już się nie podniesiesz… są nieludzcy… ludźmi będąc… nie rozumieją, nienawidzą… za to jakim Jesteś… dlatego nie masz prawa bytu… dlatego wylądowałeś w nicości… na dnie tego okropnego świata… z rozdartym sercem i brakiem normalnych myśli… nic nie możesz… Twoje ciało zgnije… a dusza przeżarta zostanie kwasem zła… ich wściekłości…
Ty jeden piękny pośród tych maszkar…

I staniesz się jedną z nich…

11.06.06


  • RSS